Esej „O cierpieniu” Jakub Krzemieniewski

 

                                                                                     „Cierpienie wymaga więcej odwagi niż śmierć”                                                                                                              (Napoleon)

      Zły sen, w którym byłem z nią, leżałem obok, wpatrując się w potargane włosy i wczorajszy makijaż. Tak blisko a tak daleko, pomyślałem sięgając dłonią w kierunku jej twarzy. Palcem wskazującym przejechałem po ustach, na których został blady ślad. Powtarzała przypadkowe słowa, powieki wyraźnie mówiły, że coś ją dręczy, coś co nie chce, by spała spokojnie. Zapach unoszący się w tym bladoróżowym pokoju to swąd bólu i strachu, który już dawno przekroczył próg naszych drzwi .Oparłem głowę na zimnej, satynowej pościeli i wciąż zadawałem sobie pytanie, dlaczego tak nagle mnie opuściła. Myśli przeszywały mój umysł, z każdą minutą wprowadzając go w coraz większą paranoję. Znajoma bezsilność to wrodzona wada każdego, który z góry został skazany na przegraną. Owszem, jestem jednym z nich, lecz to właśnie życie z nią codziennie pokazuje mi, jak być nie powinno, dlaczego potrafimy czerpać radość tylko i wyłącznie z wzajemnego cierpienia, a szczęście, które nas otacza, jest naszym przekleństwem. Pusty sufit jak symbol widniał mi przed oczyma, mówiąc, że nic tu po mnie, a trucizna w postaci wspomnień wbijała ostre igły w moje sumienie. Świat od dawna przestał się z nami pieścić, dał nam szansę, której my sami nie umieliśmy wykorzystać, bo największym zagrożeniem dla nas obojga byliśmy my sami. Światło dnia, którym zawsze była ona, całując moje czoło o wczesnym poranku. Marzenie każdego człowieka, by codziennie budzić się kochanym, nagle zmieniło swój obraz w koszmar, gdzie szale zwycięstwa wyznaczał brak wrażliwości. Niezliczona ilość kłamstw, setki tysięcy wspomnień i tylko cztery ściany, które tak naprawdę łączyły nas dwoje. I choć wiem, że w jej oczach jestem łajdakiem, wciąż myślę, że każdy z nas jest dziwny, a normalna jest tylko skala, którą mierzymy innych. Bo tak naprawdę wszystko jest kłamstwem-iluzją świateł i słów, których nigdy nie miałem na ustach, bo kocham ją bardziej niż siebie. Żyję i nie rozumiem.

      Tak wyobrażam sobie cierpienie – moje indywidualne odniesienie się do tego stanu. Są tacy, którzy nie próbują doszukiwać się w tym głębszych odczuć, a cierpienie to dla nich zwykły ból, który trzeba przetrwać. Są tacy, którzy je kochają i szczęśliwi są, kiedy cierpią, są także tacy, którzy tego cierpienia nie wytrzymują. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale znam kogoś, kto każdego dnia przypomina nam wydarzenia, które zmieniły nasze życie. Pojawia się w naszych sercach, umysłach i modłach. To do niego wznosimy ręce, dziękując za odkupienie i wymazanie wszelkiej skazy z naszych brudnych twarzy umazanych krwią grzeszników i własnych czynów. Mowa o tym, który w sercu nosi imiona milionów, obserwator niepozornie ingerujący w nasze życie, tworząc boskie Truman show z jednym widzem pod drugiej stronie szkła. Ten serial to nasze życie, a prawa do jego emisji wywalczył Chrystus, baranek idący na rzeź. Nie dziki, posiadający cel, misję, która odróżniała go od zwierzęcia. Jego „pasją” była męka, słusznie uzasadniona miłością do ludzi. Śmierć to tylko chwila, z punktu fizycznego dwadzieścia jeden gramów. Ale czymże jest koniec życia w porównaniu z jego całym cierpieniem, co tak naprawdę jest bardziej bolesne? Standardowe pytania każdego śmiertelnika, nasz byt i ciekawość egzystencji  żąda informacji. Nie jestem wyrocznią, nigdy nie umarłem, ale On tak. Każdy z nas zna te lepsze i gorsze dni, a bagaż, który nosimy, to wspomnienia pełne bólu i uśmiechów. Każda podróż ma swój koniec i początek, to czy weźmiemy w niej udział, zależy od naszej odwagi, bo koniec jest dla wszystkich, nawet tych najsłabszych. Jezus swoją, postawą pokazał, że cierpienie może nas kształtować, może nas uśmiercić, ale co z tego jeśli najgorsze już za nami ?

      A kiedy zabrzmiały trąby a biały proch posypał się z naszych cienkich skórzanych portfeli niczym narkotyczny trans, widzenie zawirowało, niewytłumaczalne zjawisko wzorowane na projekcji własnych niedopowiedzianych skrótów myślowych i bardzo głębokich odniesień do ludzi, którzy uciekają z pola zasięgu naszego wzroku. Uniwersum, w którym znaleźliśmy się oboje, nie było dziś czymś przypadkowym. Splot wydarzeń, które niegdyś nas połączyły, dziś nawiedził moją wewnętrzną sferę, brudząc czystą przestrzeń. Bijąc się w pierś, przeklinałem wszystkie wyrazy wdzięczności i słowa skruchy, które kiedykolwiek moje usta kierowały w stronę jej szyderczego serca. Gdy ostatni raz pięść biła o tors, usłyszałem melodię i jak ślepy pianista popędziłem wprost za muzyką. Stopy pomimo sporych lat i przebytych kilometrów prowadziły mnie perfekcyjnie. Intencje, które niosą moje szczudła, są dosyć niejasno określone, sam często pytam, czego naprawdę szukam i czy to, za czym tak podążam, istnieje. Inwalidztwo to przede wszystkim stan fizyczny, powtarzałem-głupota. Jestem Istotą psychicznie poukładaną. Wiem, czym jest moralność i w którym miejscu kończą się granice zdrowego rozsądku. Przypuśćmy, że nasze życie składa się z kilku etapów, które musimy przejść. Każdy kolejny fragment musi powstać na zgliszczach jego poprzednika, wiec to, co czujemy w pewnych momentach, to upadek wewnętrznego imperium, cywilizacji która musi ponieść agoniczną klęskę, by powstać na nowo i zmienić coś nie tylko w nas samych, ale przede wszystkim jestestwie innych. Krok za krokiem, gdy czas stanął w miejscu, a ja zbliżałem się, w pewnym momencie poczułem napływ zimnego powietrza, które spływało po mojej twarzy,  tworząc coś na kształt chłodzącego odbicia. Atmosfera pełna emocji wypełniła całą przestrzeń dookoła mnie. Gdy wreszcie odnalazłem źródło, położyłem dłonie na czarno-białych klawiszach, stymulując wszystkie swoje zmysły. Przyciskałem jeden po drugim, wsłuchując się w rytm, dałem się ponieść instrumentowi, który tak naprawdę dawno już nie grał. Zawsze stał obok mnie, nigdy nie był czyjąś własnością, bo jego niezależność była cechą niezbitą. Gdy ściągnąłem hebanowe okulary i pozbyłem się ciemnoty, zrozumiałem, że już nie widzę tego, co kiedyś było dla mnie oczywiste. Tak…przejrzałem na oczy, gdy dowiedziałem się, co to znaczy być ślepym. Bo tak naprawdę wszystko jest kłamstwem-iluzją świateł i słów, których nigdy nie miałem na ustach, bo kocham ją bardziej niż siebie. Cierpię ale rozumiem.

      Wyobrażenie cierpienia nadal niezmienne tak samo ciężkie , ale co z tymi którym łzy słone jak morze martwe płynęły  przez wiele długich dni po utracie dziecka? Na przykład Kochanowski. Utrata ukochanej córki, Urszuli, w jednej chwili zniszczyła jego cały świat, gwałcąc przy tym sprawiedliwość. Demony panujące nad jego umysłem nie pozwalały mu funkcjonować normalnie. Wiedział, że najłatwiej byłoby zakończyć życie, którego sens był sześć stóp pod ziemią, w małej drewnianej trumience. Pomimo takiej tragedii i rosnącego cierpienia poeta podjął się próby rozmowy z córką. Osierocony ojciec podkreśla beznadziejność swojego położenia. Heraklitowe łzy zalewają wcześniejszy optymizm. Poeta rozumie, że dzięki cierpieniu nie zapomina o tym, co kochał, wie jednak, że musi żyć i ciężki bagaż nieść dalej.

Oczy szeroko otwarte, umysł jak najbardziej trzeźwy już wszystko rozumiem – nie umarłem. Przecierpiałem i teraz żyję.

Samowolna śmierć to tylko symbol przegranej, można umrzeć nadal będąc żywym, ale nie da się żyć, będąc wiecznie cierpiącym, pewnie tak ale po co? Czy bohater książki Goethego również zadawał sobie to pytanie? – Myślę,  że na pewno, zważając na fakt, iż próbował żyć poza obrębem miłości, lecz ta miłość nie znała granic. Była wszędzie, człowiek wobec prawdziwego zakochania jest kosmopolitą szukającym swojego narodu na świece. Uczucie zostało tylko na chwilę stłumione, próba walki z takim zagrożeniem to niezwykły akt odwagi, który niekiedy kończy się tchórzostwem. W przypadku Wertera była to długa batalia z samym sobą, nie rozumiał cierpienia jako początku czegoś nowego, za to uznawał śmierć jako koniec wszystkiego, a przede wszystkim cierpienia. To zwykła ucieczka. Myślenie o  tych trzech osobach pozwala nam poznać trzy płaszczyzny cierpienia, którego podstawą są indywidualne uczucia. Nie byłem Chrystusem, Kochanowskim ani Werterem. Buduję własną definicję walki z cierpieniem, już nie stoję w martwym punkcie, bo wiem, że śmierć to jedynie iluzja słów, których nigdy nie miałem na ustach, bo kocham ją bardziej niż siebie. Rozumiem.

                                                                                                    Jakub Krzemieniewski

Przewiń do góry

DRZWI
OTWARTE

24 kwietnia (sobota)
Szczegóły spotkania podamy bliżej terminu.

Skip to content